|
O sobie Moje bieganie Moje książki Biegaj ze mną LA-Statystyka Kalkulator | |
|
|
Zawsze miałem ciągotki do sportu, ale na etapie nauki w szkole podstawowej nie byłem nawet członkiem SKS-u. A bardzo chciałem być! Nie byłem z prozaicznej przyczyny – mnie tam nie chciano! W SP 3 preferowano koszykówkę, a ja byłem jednym z najniższych uczniów w klasie. Kończyłem podstawówkę mając zaledwie 158 cm wzrostu! Zabrzmi to z pewnością nieskromnie, ale byłem w szkole podstawowej jednym z najlepszych uczniów w klasie. Ba! – aż trzykrotnie wygrałem konkurs na najlepszego ucznia szkoły! Nie, nie zakuwałem! Uczyłem się na lekcjach, a potem tylko odrabiałem zadania domowe. Wystarczało! Ale miałem ambicje sportowe i chciałem udowodnić, że mam również sportowy „pazur”. Grałem więc z kolegami na przyszkolnym boisku w piłkę nożną, odbijałem piłeczkę ping-pongową, interesowały mnie też szachy. W
pierwszej klasie liceum przez całą zimę dźwigałem z kolegą sztangę i
sztangielki realizując 6-miesięczny program dla początkujących. Nie, nie
chciałem być kulturystą:),
ale poprawiłem w tym czasie wszystkie swoje parametry, nie tylko fizyczne,
ale i psychofizyczne. W ciągu 12 miesięcy urosłem aż 12 cm, więc szybko
zapisałem się do klubu piłkarskiego ZEW. Miałem „zdrowie” do
biegania, więc grałem w linii pomocy, chociaż przyznaję – nie byłem
zawodnikiem pierwszego zespołu. Na meczach ligowych wchodziłem zwykle
tylko na zmiany, a bywało, że trener nie wpuścił mnie nawet na minutę.
Nie miałem piłkarskiej smykałki. Niestety. A może na szczęście?
1972
· Jako piłkarz pojechałem na swój pierwszy obóz sportowy. W nadbałtyckiej Wisełce w sierpniu 1972 roku szlifowałem piłkarski kunszt, ale przede wszystkim dużo biegałem. Po obozie przeszedłem wraz z kolegami z drużyny do POGONI (sekcję piłkarską w ZEW-ie zlikwidowano), lecz ja zapragnąłem zostać biegaczem. We wrześniu wygrałem bieg na 1 500 m podczas Powiatowej Spartakiady Młodzieży i stwierdziłem, że TO JEST TO! Wynik 4:50,0 nie powalał wprawdzie na kolana, ba! – był żenująco słaby – ale wolałem być „na swoim”. Nie chciałem już być Lubańskim – wolałem iść śladami Bronka Malinowskiego, którego talent właśnie rozbłyskał. To był mój idol! Zacząłem kupować miesięcznik LEKKOATLETYKA i stosując się do ogólnych porad podjąłem – samodzielnie – „trening” biegowy. I tak to się zaczęło...
1973
·
Podczas Lubuskiej Olimpiady Młodzieży zająłem 7. miejsce na 1500
m. Wprawdzie wygrałem swój bieg, ale biegłem w drugiej, słabszej serii.
Hapel, czy Biesiada byli wtedy o dwie klasy lepsi ode mnie! Oni ocierali się
o 4 minuty, ja ledwie złamałem 4:30. Podczas dekoracji (na szczęście dla
mnie do podium zapraszano pierwszą ósemkę) dostałem dyplom z wpisanym
nazwiskiem... „Starzyński”. Gdy poszedłem do sekretariatu zawodów, by
wypisano mi nowy, sekretarka bez zawahania i cienia żenady poprawiła przy
mnie mazakiem literkę „t” na „k”, maznęła kropkę nad „z”
i... to musiało mi wystarczyć. 17-letniego chłopaka – bez względu na
wszystkie inne okoliczności – trudno nazwać mężczyzną, ale nie płakałem,
choć było mi do płaczu niemal! Byłem zdegustowany – jak powiesić taki
„poprawiony” dyplom na ścianie?!
1974
· Poprawiam swój rekord na 1 500 m na 4:17,0. Marzyłem, by złamać 4:20 i udało się! Udało? ·
W sierpniu jadę na swój pierwszy obóz biegowy. Brzegi jeziora Łagowskiego
(a ściślej Trześniowskiego) poznałem na pamięć. Biegam jednak sam, gdyż
są ze mną tylko piłkarze ręczni ZEW-u. A może to nie oni są ze mną,
ale ja z nimi? A propos – za kilka lat ci zawodnicy zdobędą dla ZEW-u
tytuł Mistrza Polski Juniorów, a kilku z nich będzie grało w I lidze.
1975
· Nie biegam: matura w maju, w lipcu egzaminy wstępne na Wydział Budowy Maszyn i Okrętów Politechniki Szczecińskiej. O tym wydziale mówiło się, że „lepiej ch.... orać ziemię, niż studiować na BM-ie”! Nie wystraszyło mnie to. Bezproblemowo zdałem egzaminy. Razem z zawiadomieniem, że zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów przyszło też wezwanie do stawienia się na praktykę robotniczą. Chyba już nie ma takiej formy studenckiego „wychowania przez pracę”? Wtedy zanim siadło się w akademickiej auli trzeba było poznać smak fizycznej pracy. Pracowałem przez miesiąc w nowo powstającym budynku telewizji przy al. Wojska Polskiego w Szczecinie. Hełm ochronny na głowie, roboczy kombinezon, ciężkie buciory na nogach, oczywiście wszystko ubrudzone budowlanymi „ekstrementami”: farbą, cementem, wapnem, itp. – to ciągle klasyczny wygląd robotnika budowlanego. Gdy szedłem podczas przerwy śniadaniowej do pobliskiego sklepiku po mleko i bułki – w roboczym ubraniu – mijająca mnie kobieta, wskazując na mnie palcem, powiedziała do swego ok. 10-letniego synka: „Jak się nie będziesz uczył, to będziesz musiał zasuwać przez całe życie jak ten pan.” - Na pierwszym roku mam 42 godziny zajęć w tygodniu! Matematyka,
fizyka, techniki wytwarzania (tokarstwo, frezerstwo, spawanie, odlewnictwo,
itp.), materiałoznawstwo, rysunek techniczny, itp. Znasz „budowę” noża
tokarskiego? Nawet nie przypuszczasz, że jest się czego uczyć! Kąt przyłożenia,
kąt przystawienia, płaszczyzna atakująca... Byłem po liceum, a nie po
technikum, więc na treningi nie było czasu. Tym razem musiałem zakuwać,
jeśli chciałem studiować dalej! Kilkakrotnie wystartowałem jednak w
zawodach – „na żywca”. Ciągnie wilka do lasu. Wyniki jednak były
marne. W rolnictwie najpierw trzeba posiać, żeby zbierać plony. W
bieganiu nijak nie ma „plonów” bez planów treningowych.
Zrealizowanych! Tak to jest w świecie urządzone. Talent w biegach średnich
i długich? On pomaga zwyciężać przygotowanemu, a nie być dobrym bez
treningu.
1976
· Oswajam się z życiem akademickim. Biegam trochę, ale ciągle niesystematycznie. Każdy plan treningowy szybko upada, a cały „pic” w trenowaniu leży przecież w systematyczności. No, trochę się rozpędziłem – nie cały! Jednak o zjawisku superkompensacji usłyszę dopiero za dwa lata. I wtedy wszystko nabierze innego wymiaru. · We wrześniu wyczytałem w gazecie o mityngu – zdecydowałem zmierzyć się z dystansem 5 000 m. Debiut nie nastroił optymizmem. Byłem przedostatni, „nabiegałem” tylko 16:01,0 a przecież miałem już aż 20 lat. Wielu moich rówieśników... kończyło już „kariery”. Ja stałem dopiero przed wejściem do jej przedsionka. ·
Start na 1 500 m (4:12,8) pozwalał mi wierzyć, że „coś”
jednak we mnie siedzi. Zresztą mówił mi o tym Zdzisiek Delecki, dobry średniodystansowiec
(ok. 1:50 na 800 m i 3:50 na 1 500 m), który kończył właśnie studia na
Politechnice, a który „podglądał” czasami moje bieganie. Czyżby już
wtedy widział we mnie to „coś”?
1977
· Po trzecim semestrze wreszcie luzy na uczelni. W lutym zaczynam dość regularnie biegać. Pierwsze „prawdziwe” treningi robię z kolegą z „ekonomii” – Bogdanem Michońskim. Na 1 500 m nabiegał już poniżej 4 minut, więc jest dla mnie dużym autorytetem. Poznaję też Zbyszka Białego - długodystansowca o „orientacji” maratońskiej, studiującego na WF-ie. Trenuję z nimi już niemal codziennie. · Pod koniec marca zajmuję 5. miejsce w mistrzostwach województwa seniorów w biegu przełajowym. Jestem z siebie dumny. Pokonałem kilku znanych już lokalnie biegaczy. A ja jestem nieznany. Spiker wyczytywał cały czas moje nazwisko jako... Starzyński. Skądś już je znam! I jak tu nie wierzyć powiedzeniu, że historia lubi się powtarzać. · Mija kolejnych 6-tygodni systematycznego treningu. 30 kwietnia wchodzę na pierwszy z kilku stopni prowadzących do złamania 4 minut – granicy „przyzwoitości” na dystansie 1 500 m. Poprawiam się na 4:08,0. Jestem tuż za Bogdanem. · W maju zdobywam wicemistrzostwo Politechniki Szczecińskiej (4:02,4). Bogdan ogrywa mnie na finiszu (4:00,1). Po czterech dniach to jednak ja jestem już górą! Zajmuję 4. miejsce w Mistrzostwach Polski Politechnik. Startując po raz pierwszy na tartanie robię 3:57,9! Poniżej 4 minut! Cel zrealizowany. Bogdan jest piąty – już nigdy ze mną nie wygra! · Progresja rekordu życiowego wyniosła w trzech startach aż 14,3 sekundy. Zauważono to w Szczecinie! Dostaję propozycję i wstępuję do klubu środowiskowego SZS-AZS. Same nastolatki. Jestem najstarszy! Ale tylko wiekiem, stażem – jak oni – jestem kilkumiesięcznym zawodnikiem. Zaczynam trenować pod okiem Andrzeja Wollherra, byłego przeszkodowca FLOTY Gdynia. · W sierpniu zajmuję 7. miejsce w Akademickich MP. Urywam z życiówki kolejne dwie sekundy! Nie jestem takim „dziadkiem” na jakiego wyglądam! 3:55,9 budzi szacunek. A propos – 3:55,9, to 3:55, a nie 3:56, choć do 3:56 jest znacznie bliżej niż do 3:55! Żaden biegacz nie powie w takiej sytuacji, że ma życiówkę 3:56. Ma 3:55. Choćby to było 3:55,99! ·
Debiutuję na 3 000 m z przeszkodami (9:39,2). W opinii trenera –
mam dryg do tej konkurencji. Brakuje mi jednak specjalistycznego treningu. Będę
nad tym pracował. Może złamię kiedyś 9 minut, granicę przyzwoitości
dla przeszkodowców?
1978
·
Robię kurs instruktora lekkiej atletyki. Tu poznaję słowo
„superkompensacja” i zasadę „działania” treningu biegowego. To
zupełnie zmienia moje dotychczasowe „widzenie” biegania! Myślenie o
treningu i sam trening stają się inne!
·
Debiutuję na 3 000 m (8:27,0). Na 5 000 m poprawiam swój
rekord z 14:59,2 na 14:37,0, a na przeszkodach robię już 9:13,7.
·
17 października kardynał Karol Wojtyła został wybrany
Papieżem:) · W LEKKOATLETYCE drukują najlepsze „pięćdziesiątki” w kraju w każdej konkurencji. Ja jestem na przeszkodach 51., ale z tym samym wynikiem co 50.! Praktycznie – kończy się zestawienie najlepszej „50”, a pod spodem widnieje moje nazwisko! Znaleźć się w tym zestawieniu – to też było moje marzenie. I już jestem! Dość szczęśliwie, ale szczęście w życiu przydaje się. · Miejsca w rankingach ogólnopolskich: ·
51. – 3 000 m prz. – 9:13,7
1979
· W marcu po raz pierwszy biegnę w „prawdziwych”, seniorowskich mistrzostwach Polski. Na linii startu tylko ten jedyny raz stoję wraz z moim idolem – Bronkiem Malinowskim. Bronek swoją mocną opalenizną, którą „przywiózł” z obozu klimatycznego na antypodach, wyraźnie odcina się od pozostałych biegaczy. Nie tylko opalenizną. W bezdyskusyjny sposób pokonuje wszystkich rywali na dystansie 7 km. Ja zajmuję dalekie 31. miejsce, ale jestem zadowolony z mego debiutu w imprezie tej rangi. Nie od razu Kraków zbudowano · W kwietniu wywalczam brązowy medal w Akademickich Przełajowych MP. Sławomir Nowacki i Marek Kundegórski są poza moim zasięgiem, ale pokonuję dużo wyżej notowanego Leszka Witkowskiego. · Brąz MP Politechnik na 3000 m. Przede mną są Zbyszek Król i Kundegórski. Prowadziłem prawie cały bieg, ale oni są zdecydowanie szybsi w końcówce. Medal jednak cieszy. · Debiutuję na 10 000 m uzyskując – wbrew „przepowiedniom” sceptyków – dobry wynik 30:03,7. Tylko kilka sekund zabrakło do złamania „zaczarowanej” dla wielu bariery 30 minut. „Mieć dwójkę z przodu w rekordzie na 10 000 m i umrzeć!” Są biegacze, którzy tak mówią – żartem oczywiście – parafrazując znane „zobaczyć Neapol i umrzeć”. · Podczas MP w Poznaniu schodzę z bieżni po przebiegnięciu 5 km (miałem 14:50). Duchota odebrała mi ochotę i siły do dalszego biegu. · Na przeszkodach biegnę 8:58,3 ustanawiając rekord województwa. 9 minut „połamane”! Ósemka z przodu jest spełnieniem marzeń, ale nie zamierzam umierać. O siódemce nie marzę. Jestem Koziorożcem. · Miejsca w rankingach ogólnopolskich: · 29. – 10 000 m – 30:03,7 · 32. – 3 000 m prz. – 8:58,3 · 43. – 5 000 m – 14:21,3 |
|
Copyright 2005 Jerzy Skarżyński |