O sobie   Moje bieganie   Moje książki   Biegaj ze mną   LA-Statystyka   Kalkulator

 

Aktualności

O sobie

Notatki

1972-1979

1980-1984

1985-1989

1990-1999

2000-2004

Galeria

Archiwum

Linki

Kontakt



 

 

1980

·   Przechodzę do GWARDII Warszawa pod opiekę szkoleniową Jerzego Adamskiego. Bardzo służy mi jego propozycja treningowa. Poznaję smak i zalety biegu z narastającą prędkością. To jest to, czego do tej pory mi brakowało! A do tego mogę trenować na obozach z klasowymi, uznanymi już na długich dystansach zawodnikami: braćmi Sabami, Ryśkiem Krukarem czy z dobrym maratończykiem i liczącym się w Europie ultramaratończykiem – Ryśkiem Całką.

·   W kwietniu znów jadę do Lublina na Akademickie Przełajowe MP. Przed rokiem byłem trzeci, nie myślę więc o niczym innym, jak tylko o tytule mistrzowskim. Faworytem jest jednak Grzegorz Kiełczewski, reprezentant Polski na 3 000 m na ME Juniorów. Zawody rozgrywane są tym razem na LSM – dzielnicy Lublina. Trasa poprowadzona jest w dużej niecce terenu. Prawie nic płaskiego - tylko zbieg i podbieg. Od startu wychodzę na prowadzenie. Po pierwszej pętli za plecami słyszę już tylko oddechy Kiełczewskiego. Ciągle podkręcam jednak tempo. Pod koniec drugiej pętli odrywam się na kilka metrów. Wtedy słyszę najpierw głośny okrzyk Edwarda Listosa – opiekuna drużyny AWF Wrocław: „Trzymaj go krótko, bo ci ucieknie”, a zaraz potem niezbyt głośne, mruknięte pod nosem Kiełczewskiego: „Sp.......j!”. To wystarcza, bym dostał porcję dodatkowej adrenaliny. Przyspieszam. Ostatnią pętlę rozpoczynam już z przewagą 20-30 metrów. Zwyciężam niezagrożony! Robię sobie super prezent imieninowy, ale w nagrodę mam polecieć w sierpniu do Moskwy oglądać zmagania na arenach Igrzysk XXII Olimpiady.

·   W lipcu po zakończeniu studiów (została mi jeszcze nie skończona praca magisterska, której temat brzmi: „Ocena zmian temperatury wewnątrz dzwonu nurkowego w przypadku zatrzymania dopływu energii elektrycznej”. Promotorem pracy jest prof. zw. dr hab. inż. Władysław Nowak) zaczynam przeszkolenie wojskowe w Szkole Oficerów Rezerwy Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu. Będąc przed przysięgą wojskową nie mogę polecieć do Moskwy na Igrzyska! Moja nagroda za akademickie mistrzostwo Polski przepada. Dzięki pomocy dowództwa Szkoły, a przede wszystkim płk. Kulika, mogę jednak trenować – w chwilach wolnych od zajęć oczywiście. 

·   Walcząca o Puchar Polski w biegach długich „Gwardia” Warszawa potrzebowała punktów w Maratonie Pokoju, który rozgrywany miał być po raz drugi w Warszawie. Asem drużyny był Rysiek Całka, który miał biec po zwycięstwo. Ja i Kaziu Gomółka mieliśmy dobiec do mety w granicach 2:40. To gwarantowało zdobycie pucharu. We wrześniu debiutuję więc w maratonie. Niespodziewanie dla wszystkich zajmuję... 2. miejsce (2:22:29)! Przegrywam 17 sekund z aktualnym wtedy rekordzistą Polski – Jerzym Grosem. A mogło być inaczej. Zaczęliśmy z Kaziem zgodnie z założeniami po ok. 3:40/km - dla mnie baaardzo wolno. Wszak dwa tygodnie wcześniej pobiegłem na 10 000 m życiówkę – 29:46,6. Czołówka maratonu biegła szybciej, ale na 15 km mieliśmy do nich zaledwie ok. 300 m straty. Wtedy nie wytrzymałem. Pomimo ostrzeżeń Kazia postanowiłem przyspieszyć i dogonić ich. Powoli, ale systematycznie zbliżałem się, a na  półmetku biegłem już razem z nimi. Do 30 km nic się nie działo, było mi wolno, ale nie wychodziłem na prowadzenie. Byłem jedynym nowicjuszem pośród czwórki „starych maratońskich wyjadaczy” (Gros, Całka, Rutkowski i Wąsowski). Gdy na 32-33 km Gros ruszył do ataku, postanowiłem „trzymać” się go, jednak trener Adamski podjechał samochodem i... kazał mi „odpuścić”. Nie, nie prosił - kazał! „Chłopie – on jest rekordzistą Polski, a ty debiutantem. Biegnij razem z Całką, on ci pomoże w końcówce, zejdź na ziemię!” Zszedłem. Co by było, gdybym nie odpuścił? Ani dzisiaj, ani nigdy już tego nie sprawdzę. Pewnie bym przegrał – może też drugie i trzecie miejsce, ale ciągle drąży mnie ta myśl – co by było, gdybym wtedy nie posłuchał trenera? Czułem się znakomicie, a rekord życiowy na 10 000 m pozwalał mi mieć nadzieję na pokonanie w końcówce kończącego już karierę Grosa. Niestety, nie było mi dane sprawdzić, ile naprawdę jestem tego dnia wart. Całka przybiegł kilka sekund za mną, ale fakt, że jego – medalistę MP w maratonie – pokonał debiutant, zabolał go chyba tak mocno, że praktycznie przestał się do mnie odzywać. Wcześniej mieszkaliśmy na obozach w jednym pokoju, mieliśmy sobie dużo do powiedzenia – teraz zapadła ściana milczenia. I trwała całymi latami! Relacja z maratonu leciała na żywo (w kilku wejściach) w telewizji. W poniedziałek rano Komendant Szkoły czekał na mnie z kwiatami, ale ja wróciłem do Poznania dopiero wieczorem (z Warszawy pojechałem prosto do rodziców – do Świebodzina, dokąd zawiozłem swoje maratońskie trofea.) We wtorek w Szkole dostałem „szlaban” na przepustki przez cały miesiąc! Kwiaty i gratulacje od generała przepadły! Wojsko, to wojsko, a nie przedszkole!

·   Miejsca w rankingach ogólnopolskich:

·          18. – 10 000 m – 29:46,6

·           24. – maraton – 2:22:29

·           29. – 3 000 m prz. – 9:00,57

·          41. – 5 000 m – 14:27,03

 

1981

·   Po półrocznym przeszkoleniu w Poznaniu w styczniu wracam do Szczecina na praktykę w jednostce wojskowej. Zaczynam ją od miesięcznych zajęć poligonowych. Do końca życia zapamiętam trzy dni i trzy noce w czołgu podczas ćwiczeń pułkowych!

·   Przechodzę do BUDOWLANYCH Szczecin. Zaczynam trenować na własnych planach. Mając pierwszą klasę sportową w maratonie otrzymuję państwowe stypendium sportowe :)

·   W kwietniu wychodzę z wojska w randze podporucznika. Dowódca plutonu czołgów średnich – to brzmi dumnie!

·   Po wyjściu „do cywila” startuję najpierw na... 800 m. Wynik 1:56,49 jest rekordem życiowym.

·   W maju po raz pierwszy biegnę w „Szczecińskiej Dwudziestce”, biegu ulicznym o Puchary Prezydenta Miasta Szczecina. Rozpoczynam serię sześciu kolejnych zwycięstw w sześciu kolejnych startach w tej imprezie.

·   We wrześniu znów biegnę w Maratonie Pokoju, ale schodzę z trasy po przebiegnięciu z czołówką do półmetka, tak jak planowałem.

·   27 września w wypadku samochodowym na moście w Grudziądzu ginie Bronek Malinowski :(

·   13 grudnia ogłoszono STAN WOJENNY na terenie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej – tak się wtedy Polska nazywała oficjalnie :(

·   Miejsca w rankingach ogólnopolskich:

·     14. – 10 000 m – 29:35,4

·     40. – 5 000 m – 14:20,80

 

1982

·   Zajmuję 6. miejsce w MP na 20 km (1:01:10). To potwierdza skuteczność moich założeń treningowych. Ciężka praca nie poszła na marne. Jest dobrze, ale będzie jeszcze lepiej. Wierzę w to!

·   W Dębnie jestem 9. w MP w maratonie (2:16:29). To wynik klasy mistrzowskiej krajowej! Wyszło bardzo dobrze, a mogło być... tragicznie! Do 30 km biegłem niemal cały czas na prowadzeniu kilkuosobowej grupki podążającej za siódemką walczącą z przodu o medale. I nagle... straciłem wiarę w swoje możliwości! „To nie ma sensu. Nie mam sił. Nie dam rady. Schodzę z trasy!” Na szczęście w miejscu, w którym już się miałem zatrzymać stał mój kolega ze Świnoujścia – Jurek Kosik! Poznałem go przed 6 laty na imprezie biegowej. To on „uratował” mnie przed ostatnim miejscem podczas mego debiutu na 5 000 m. Tylko z nim wówczas wygrałem. Teraz znowu mnie uratował, choć stawka była tym razem dużo wyższa! Ciekawe, że też miał na imię Jurek – jak mój poprzedni trener, ten, który mi „rozkazywał” podczas maratonu w Warszawie! Teraz ten Jurek... kazał mi biec! Też nie prosił. Kazał! I też go posłuchałem! „Jurek – musisz, dasz radę. Rozluźnij ręce, oddychaj głęboko.” – krzyczał mi do ucha truchtając ze mną 200-300 metrów. Nie bardzo mu początkowo wierzyłem, ale ciągle biegłem. Po minucie już wiedziałem, że dam radę! Odżyłem! Poderwałem się do mocnego biegu. Wprawdzie dwóch biegaczy z „mojej” grupy – Lupa i Małecki, ruszyli w tym czasie żywo do przodu (zajęli piąte i szóste miejsca, o sekundy przegrywając medale!), ale ja walczyłem wciąż o zajęcie miejsca w pierwszej dziesiątce. A przede wszystkim o wynik klasy mistrzowskiej. I zrealizowałem plan przedstartowy w 100 procentach! Dzięki Jurkowi!  

·   Pełnia szczęścia – dostaję się do kadry narodowej! :) W maju otrzymuję powołanie z PZLA na pierwszy obóz kadrowy. Jadę do Szklarskiej Poręby. Tam po raz pierwszy trenuję z Kowolem, Nogalą, Sajkowskim, Stefanowskim... Cóż za frajda! Opiekę szkoleniową nad kadrą sprawuje trener Zbigniew Orywał, ale ja biegam na własnych planach. Moje marzenia nieuchronnie „ocierają” się już o... igrzyska olimpijskie! Herezje?! Igrzyska są za dwa lata. Może się uda?

·   Dwaj moi 19-letni podopieczni: Robert Kowalski i Artur Kołeczek, zdobywają tytuły halowych Mistrzów Polski juniorów na 1 500 m i na 3 000 m. Pierwszy wygrywa później bieg na 3 000 m juniorów w Memoriale Kusocińskiego, a drugi główny bieg memoriałowy juniorów na 2 000 m z przeszkodami w Memoriale Malinowskiego. „Co z nich wyrośnie? To doskonały „materiał” na reprezentantów Polski do Seulu” – spekulują specjaliści i dziennikarze sportowi.

·   Na dystansie 10 000 m znacznie poprawiam życiówkę. Do pełni szczęścia – złamania bariery 29 minut – zabrakło niecałe trzy sekundy. Trafiam jednak do wymarzonej pierwszej dziesiątki w Polsce!

·    Miejsca w rankingach ogólnopolskich:

·           8. – 10 000 m – 29:02,57

·           11. – maraton – 2:16:29

·           30. – 5 000 m – 14:11,4

 

1983

·   Opiekę nad kadrą maratończyków obejmuje czołowy biegacz z przełomu lat 60. i 70. – Michał Wójcik. Na obozy kadry powołania dostają wszyscy, którzy w jego ocenie mają szansę na znaczący rozwój. A jest w czym wybierać. Trener Wójcik wierzy we mnie i ufa mi. Też widzi to „coś”? Nie biegam na jego planach – biegam „swoje”, ale na obozach pokazuję mu plany i cierpliwie słucham jego wskazówek. To wystarcza, by nie ingerował za bardzo w moje widzenie rozwoju sportowego.

·   Gdy w lutym wygrywam w Wiązownie na 20 km w dobrym czasie 1:00:50, trener Wójcik stawia na mnie, dając mi szansę walki o rekord życiowy w maratonie w Londynie. Jednym się to podoba, innym nie, ale ostatecznie lecę tam wraz z drugim (Nogala), trzecim (Stefanowski) i piątym (Lupa) zawodnikiem ubiegłorocznych MP w Dębnie! Ja przecież byłem dopiero dziewiąty! W Londynie mam świadomość, że jest to bieg ważny dla nas obu! I nie zawodzę! Jestem najlepszym Polakiem, przecinając wszelkie dywagacje dotyczące słuszności jego decyzji o wysłaniu mnie na ten maraton. I chociaż wynik 2:15:31 dał mi dopiero 35. miejsce (!), to gwarantuje – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami – powołanie do reprezentacji Polski na Puchar Europy w maratonie.

·   W maju wygrywam w bezdyskusyjny sposób w biegu ulicznym na 10 km w austriackim Krems. Czuję się coraz pewniej na trasach biegowych.

·   Pierwszy oficjalny występ w reprezentacji Polski! Jestem w składzie na Puchar Europy w maratonie. Spełnienie kolejnego, wyśnionego marzenia! W czerwcu w hiszpańskim Laredo dochodzi jednak do klęski – mam skurcze po 30 kilometrach, doskwiera mi upał. „Kuśtykając” zmierzam do mety. Jestem dopiero 40. Wygrał w „profesorskim” stylu sławny – i niezwykle skuteczny w reprezentacyjnych biegach – Waldemar Cierpiński, dwukrotny mistrz olimpijski w biegu maratońskim. Tuż za mną przybiega „jakiś” Włoch – Orlando Pizzolato. W 1984 i w 1985 wygra w Nowym Jorku, a w 1986 zostanie wicemistrzem Europy!

·   I jak nie mówić, że bariera 29 minut na 10 000 m jest barierą „magiczną”. Poprawiam się, ale tylko o 0,39 sekundy. Od złamania 29 minut ciągle dzielą mnie ponad 2 sekundy.

·   W październiku wygrywam bieg uliczny w Grudziądzu w ramach II Memoriału Bronisława Malinowskiego. Start jest w TYM miejscu – na grudziądzkim moście! Bardzo przeżywam chwile, gdy tam jesteśmy. Na mecie cieszę się, że wygrałem z Markiem Stępnickim, ale on cieszy się, że „przegrał tylko ze Skarżyńskim”.

·   Miejsca w rankingach ogólnopolskich:

·           6. – maraton – 2:15:31

·          9. – 10 000 m – 29:02,18

·           29. – 5 000 m – 14:12,64

 

1984

Rok wielkich sukcesów i... największej klęski!

·   Wiktoria wiedeńska: już przed biegiem „podchodzi” nas wchodząca wtedy mocno na rynek firma NIKE. Nie mamy umów, ale ubiera nas od stóp do głowy. Na nogach mam piękne American Eagle. Na sobotnim rozruchu przekonuję się, że nic mi z ich strony nie grozi, więc wkładam je na zawody bez obaw. Strój mam jednak  „przepisowy” – od Adidasa. Tylko Niemczak biegnie także w stroju NIKE, choć „fajkę” na koszulce zakrywa plakietką z herbem Polski. Bieg: taktyka jest nieskomplikowana – biec „swoje” do 30 km, a potem walczyć do samej mety „do ostatniej kropli krwi”. Na półmetku mamy sporą, kilkuminutową stratę do grupki Etiopczyków i Tanzańczyków, którzy walczą „do upadłego” o prowadzenie. Kończy się to dla nich tragicznie – na nasze szczęście. Po 30 km ledwie już powłóczą nogami, a my dopiero wtedy się rozkręcamy! Nawet biegnący z nami Szwed Eric Stahl, czwarty zawodnik MŚ, nie wytrzymuje tego przyspieszenia i schodzi z trasy. Ja zagapiam się po ataku Niemczaka, łudząc się, że i Misiewicz, z którym dużo trenowałem na zgrupowaniach, poderwie się wraz ze mną, ale tego dnia nie stać go na więcej. Zostaje z tyłu, a ja samotnie ruszam w pościg za Antkiem. Mam do niego ok. 100 m starty. Jego przewaga nie zmieni się już do samej mety. Między 35. i 40 km wyprzedzamy „nieżywych” zawodników Afryki, w tym bardzo dobrego Etiopczyka Abebe Mekonnena. Niemczak wygrywa z czasem 2:12:17. Ja jestem drugi z wynikiem 2:12:37! To już rezultaty klasy mistrzowskiej międzynarodowej – najwyższej w polskim sporcie! Jako pierwsi polscy lekkoatleci uzyskujemy minima olimpijskie do Los Angeles J Po tak skutecznym biegu mamy zagwarantowane wyposażenie od NIKE „do oporu”, gdy w PZLA dostajemy wtedy ledwie po dwie pary butów Adidasa rocznie – jedną parę treningowych i jedną startowych! Po powrocie okazuje się, że firma Adidas ma pretensje do nas, że nie biegliśmy w ich wyposażeniu. Zostaję wraz z Niemczakiem zawieszony w prawach zawodnika. To uniemożliwia nam start w Dębnie podczas MP w maratonie, gdzie minimum olimpijskie w porywającym stylu uzyskują Wojciech Ratkowski i Zbyszek Pierzynka. Okaże się, że srebrny medal MP i wynik 2:12:53 nie zapewnia już miejsca w reprezentacji olimpijskiej! Na moje szczęście. Oficjalnie do reprezentacji olimpijskiej powołani zostają Niemczak, Ratkowski i ja.

·   W maju odbywa się „rozprawa” w sprawie naszego ubioru w Wiedniu, ale Komisja Dyscypliny PZLA upomina nas tylko, groźnie machając palcem: następnym razem nie będzie już tak łagodnie!  

·   W lipcu trenujemy w stacji klimatycznej w Font Romeu, we francuskich Pirenejach. Słońce wschodzi rano, a zachodzi wieczorem. W ciągu dnia żadna chmurka nie zakłóca tej „procedury”. Czerwone wino do obiadu – to jest to. Pić się chce, a wina jest „do oporu” – co za kraj! Początkowo... upijam się niemal na każdym obiedzie – choć prawdę mówiąc, słowo upijam brzmi z pewnością zbyt mocno! Czerwonych krwinek przybywa jednak ze zdwojoną siłą?

·   Po powrocie z „wysokich gór” biję swoje rekordy życiowe. Poprawiam się o niemal o 15  sekund na 5 000 m (już poniżej bariery 14 minut!) i aż o pół minuty na 10 000 m. 28:33,26 to znacznie lepiej od moich wtedy oczekiwań. Dla mnie pierwszego zadzwonili sędziowie, gdy zaczynaliśmy ostatnie okrążenie. Wtedy jak z procy wyskoczyli „czający” się od ponad kilometra za moimi plecami Dzienisik, Niemczak i Perszke. Ten bieg był najszybszym biegiem w historii tej konkurencji w Polsce. Pierwszych sześciu złamało 28:40! Ja cieszyłem się, że poprawiłem najlepszy wynik Hapela (28:40 w 1978 roku), który był przecież moim „juniorowskim” idolem. Do najlepszego wyniku Bronka Malinowskiego na tym dystansie zabrakło mi zaledwie 8 sekund.

·   Polityka zwycięża jednak z duchem sportowej rywalizacji. Nominacje wręczone, wyposażenie olimpijskie odebrane, ale olimpijczykami nie jesteśmy! Zamiast w Mieście Aniołów będziemy wraz ze sportowcami „bratnich narodów” rywalizować w moskiewskich Zawodach Przyjaźni, „dożynkach” - jak je szybko nazwaliśmy. Rywalizacja w maratonie jest jednak na najwyższym, światowym poziomie. W reprezentacji Etiopii biega przecież Kebede Balcha – wicemistrz świata. Czapki z głów! Linię 10 km mijamy w czasie poniżej 30 minut. Przydaje się życiówka 28:33! Rozstrzygający atak ma miejsce na 30 km – do tego miejsca dobiegam wraz z Niemczakiem w 8-osobowej grupce prowadzącej bieg. Etiopczycy i Rosjanie wyskakują wtedy do przodu jak wyrzuceni z katapulty. Ruszamy z Niemczakiem za nimi, ale za moment Antek „pęka”. Wcześniej nigdy z nim nie wygrałem! To dodaje mi sił. Biegnę nie oglądając się za siebie. Mamiński, który wygrał dzień wcześniej na przeszkodach, stoi przy trasie niedaleko Placu Czerwonego i krzyczy do mnie tak jak lubię: „Rosjanie nie wyglądają dobrze” i „Antek jest około 300 metrów za tobą”! Krótko i rzeczowo! Nie żadne tam: „Tak trzymaj”, albo „Dobrze wyglądasz, walcz”. Dodatkowego „kopa” dostaję, gdy na 37 km wyprzedzam człapiącego... wicemistrza świata! To mnie znów uskrzydla. Doganiam i wyprzedzam słaniającego się niemal na nogach Rosjanina Jewgienija Okorokowa na 40 km. Wytrzymuję do końca i tę zwariowaną taktykę, i upał, i rzęsistą ulewę, która zalała Moskwę, gdy zbliżaliśmy się do 30 km. Dobiegam czwarty w bardzo dobrym jak na letnie warunki czasie 2:13:23. To dowód na to, że byłem w znakomitej formie. Z tym czasem byłbym w Los Angeles w drugiej dziesiątce. Wywalczam... 200 rubli nagrody, a jako „bonus” rundę honorową na rękach prezesa PZLA – Czesława Ząbeckiego. To było zagwarantowane tylko dla medalistów, ale ja zostałem specjalnie wyróżniony. Wiadomo – maratończyk. Aha – do samego wyjazdu do Moskwy nie otrzymałem w magazynie PZLA odpowiednich butów startowych Adidasa. A że nie zamierzałem powtarzać wyczynu Etiopczyka Abebe Bikili, który podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie biegł cały maraton boso (i wygrał go!), więc pobiegłem w tych samych pantoflach NIKE co w Wiedniu, zakleiwszy jednak plastrami „fajkę” na cholewkach! Moje „dzieło” fachowym okiem ocenił Jacek Wszoła, który wcześniej miał już również tego rodzaju problemy. Nikt nic nie widział! Może gdybym był w Moskwie na podium Adidas znów by zaprotestował? Byłem jednak tylko czwarty.

·   Jestem w gronie laureatów plebiscytu na najpopularniejszego sportowca województwa szczecińskiego.

·   Miejsca w rankingach ogólnopolskich:

·          3. – maraton – 2:12:37

·           5. – 10 000 m – 28:33,26

·           15. – 5 000 m – 13:58,91

Copyright 2005 Jerzy Skarżyński