O sobie   Moje bieganie   Moje książki   Biegaj ze mną   Zestawienia   Kalkulator

 

Aktualności

O sobie

Notatki

1972-1979

1980-1984

1985-1989

1990-1999

2000-2004

Galeria

Forum

Linki

Kontakt



 

 

1985

·   W czasie podróży do Hiroszimy na inaugurację Pucharu Świata w maratonie poznałem w niesamowitych okolicznościach słynnego Emila Zatopka - „czeską lokomotywę”. Nie wiedzieliśmy, że w samolocie lecącym do Tokio reprezentacji Czechosłowaków, którzy dosiedli się w Moskwie, towarzyszy on jako gość specjalny organizatorów. Zbiegiem okoliczności nasza reprezentantka – Ewa Wrzosek, miała ksywę... „Zatopek”. Gdy ktoś zawołał do niej w ten sposób, nagle z fotela podniósł się urokliwy starszy pan – „prawdziwy” Zatopek! Nastąpiła konsternacja, którą szybko udało się jednak wyjaśnić. To spotkanie będę zawsze miło wspominał. Nad moim pierwszym startem w Kraju Kwitnącej Wiśni (wtedy naocznie przekonałem się skąd ta nazwa – w kwietniu wszędzie w Japonii kwitną wiśnie, a płatki kwiatów tworzą na ulicach i w parkach niemal dywan!) nie chciałbym się zbytnio rozwodzić – zaledwie 67. miejsce, najgorsze w historii moich startów, i wynik tylko 2:18:12. Dlaczego? „Zarżnąłem” się dwunastoma tysiączkami bieganymi poniżej 3 minut na tydzień przed startem. Ostatni „wyszedł” w 2:42! W efekcie sił wystarczyło tylko na 28 km szybkiego biegu (biegłem na rekord życiowy). Po 30 km inni wyprzedzali mnie jak „furmankę”. Tak ja my Etiopczyków w Wiedniu! Aha - gdy wracaliśmy do Polski Zatopek wręczył Ewie w samolocie upominek ze słowami: „Od Zatopka dla „Zatopka”.

·   W Dębnie wywalczam brązowy medal MP w maratonie! To mój pierwszy „seniorowski” medal, czyli spełnienie kolejnego marzenia! „Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga”. Zgoda, ale nie podnoś poprzeczki zbyt wysoko, bo zrezygnujesz z walki po kilku porażkach, które trzeba wkalkulować w tok realizacji zamierzonego celu.

·   We wrześniu jest Puchar Europy w maratonie. Wzruszająca była audiencja u Papieża w jego letniej rezydencji w Castel Gandolfo, na którą zaproszeni zostali uczestnicy tych zawodów. Maraton biegniemy już o 8 rano, ale i tak czuję rosnącą z każdą minutą temperaturę. Muszę pilnować punktów odświeżających! Gdy na 10 km w tłoku nie zdążyłem złapać bidonu, niemal błagalnie spojrzałem na biegnącego obok mnie – z bidonem w ręku – Włocha Gelindo Bordina, i poprosiłem go o łyk napoju. Jego zaskakującą reakcję zapamiętam do końca życia. Skrzyżowane z moim spojrzenie mówiło: „Maraton nie jest dla „gapowiczów”. Następnym razem pilnuj swego!” Tak to wtedy odebrałem! I bidon wylądował na pobliskim chodniku! To był szok. Zająłem 24. miejsce. Bordin był ósmy. Za rok zostanie mistrzem Europy, za dwa lata mistrzem świata, za trzy mistrzem olimpijskim! Gapą nie był, to fakt!

·   Miejsca w rankingach ogólnopolskich:

·          7. – maraton – 2:14:54

·          15. – 10 000 m – 29:07,22

·          21. – 5 000 m – 13:58,38

 

1986

·   W lutym biegam „na końcu świata” – w Nowej Zelandii. Jestem tam przez cały miesiąc. To jeden z najprzyjemniejszych miesięcy w moim życiu, którego słodycz przerwała tylko pokazywana co kilka minut w telewizji katastrofa Chellengera – promu kosmicznego, który eksplodował zaraz po starcie. W maratonie w Auckland (start o godzinie 6 rano – tam jest środek lata!) zająłem 2. miejsce. Do pełni szczęścia, złamania 2:15, zabrakło 40 sekund. Badania jakie przechodzę po maratonie dzięki pomocy opiekującego się mną tam trenera Jana Panzera wykazują, że „mam zdrowie”! Mogę trenować mocno, gdyż organizm nie jest „zarżnięty” dotychczasową pracą treningową. To dla mnie ważna wskazówka! Wyniki wskazują też, że Wiesiek Dubiel, z którym jestem w Auckland (czasem 2:17:17 zajął 5. miejsce), musi uważać, gdyż trenuje na granicy możliwości swego organizmu. A skutki jej przekroczenia mogą być opłakane. Podróż powrotna – od chwili wyjazdu na lotnisko w Auckland do chwili przyjazdu do Szczecina – trwała 52 godziny. Poznałem po drodze lotniska w Sydney, Singapurze (najpiękniejsze, jakie znam!), Bangkoku i Taszkiencie, gdzie mieliśmy międzylądowania. W pociągu do Szczecina miła dziewczyna spytała: Pan taki opalony, czy nie wraca pan z Bułgarii?! Opalenizna mogła się wtedy kojarzyć tylko z urlopem w Bułgarii. Ale już w lutym?

·   6 kwietnia w Dębnie ponownie wywalczam medal MP w maratonie. Znów brązowy, choć czas mam rewelacyjny! Mając w świadomości wyniki badań w Nowej Zelandii „otworzyłem się na całość”! W momencie ataku Niemczaka na 25 km nie wahałem się iść za nim, ale chwila nieuwagi wystarczyła, by zyskał 20-30 metrów. To wystarczyło, by samotnie już zmierzać do mety. Po złoty medal i rekord Polski. Mój nowy rekord życiowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. 2:11:42 to ponownie wynik klasy mistrzowskiej międzynarodowej. Dał też nominację do reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy. Od roku tylko o tym marzyłem! Ten maraton był najszybszym biegiem w historii tej konkurencji w Polsce. I chyba w żadnym kraju na świecie 12 zawodników z jednego kraju nie złamało 2:14! Wiesiek Dubiel był cieniem samego siebie. Nie uwierzył w „przepowiednię z Auckland” i trenował bez żadnych barier ochronnych. Przez prawie dwa lata nic mu nie wychodziło. Jeszcze tylko raz – w 1988 roku – pobiegnie poniżej 2:20 (2:18:14 w Madrycie), ale zaraz potem zakończy wyczynowy trening. Mój podopieczny Zbyszek Mosiądz uzyskał w Dębnie 2:18:54. Zajął dopiero 35. miejsce, ale był chyba szczęśliwszy ode mnie!  On też znacznie przekroczył swoje oczekiwania.

·   19 kwietnia ożeniłem się wreszcie :) Mam już przecież 30 lat.

·   W czerwcu poprawiłem rekord życiowy na... 1 500 m (3:50,8)!

·   Mój podopieczny Robert Kowalski zdobywa brązowy medal MP seniorów na dystansie 5 000 m. Na finiszu uległ tylko Psujkowi i Gralakowi.

·   W Stuttgarcie zajmuję 15. miejsce w Mistrzostwach Europy. Znów mam skurcze po 30 km! Czyżbym i teraz nie „dopilnował” potasu, sodu i magnezu? Szkoda – forma była wyśmienita, ale w maratonie – mimo wyśmienitej formy – nie zawsze uzyskuje się oczekiwane wyniki! 

·    Miejsce w rankingach ogólnopolskich:

·         5. – maraton – 2:11:42

 

1987

·   W lutym biegnę w Japonii. Do 30 km zanosi się na wynik w granicach 2:12, czyli na minimum do Mistrzostw Świata, ale znów skurcze w prawym udzie powodują, że muszę się aż sześciokrotnie zatrzymywać! Każda próba przyspieszenia to kolejny skurcz. Mimo tego uzyskuję 2:14:27. Po powrocie do Polski idę do ortopedy. Okazuje się, że mam prawą nogę o pół cm krótszą od lewej. Nikt nie ma ich idealnie równych, i „zwykłemu” człowiekowi to nie przeszkadza, ale u mnie – po przebiegnięciu prawie 80 tys. km – nastąpiło przekrzywienie w obrębie  kręgosłupa i następowało drażnienie nerwu przechodzącego przez mięsień dwugłowy uda. Dolegliwość ma wyeliminować dodatkowa wkładka, która „wyrówna” długości nóg i ustawi odpowiednio biodra. Od tej pory chodzę i biegam z wkładką w prawym bucie. 

·   W kwietniu miał być start w Pucharze Świata w Seulu, ale PZLA... nie wykupił na czas biletów lotniczych! Zostajemy w domu! W związku z takim nieoczekiwanym obrotem sprawy szybko „załatwiam” start w Rotterdamie. Forma jest, więc tylko lekko ją szlifuję. Dostaję numer 13, ale nic to – nie jestem przecież przesądny! W dniu startu nawala jednak pogoda! Przez ostatnie tygodnie codziennie było 8-10 stopni ciepła (chłodu), a gdy stajemy na linii startu słupek termometru podskoczył aż do 25! Na 5 km już wiem, że na nic forma – nogi mam powiązane. Taki tłum, że wstyd mi było się zatrzymywać! W końcu wbiegłem w tunel i tam się zatrzymałem – dopiero na 30 km! W autobusie, który zabrał mnie z trasy, zastaję już większość zaproszonych zawodników, w tym biegaczy z Afryki, o których myślałem, że to pogoda wymarzona dla nich. Oni jednak też „padli”. Są biegacze odporni na takie zmiany pogody i są nie odporni. Kolor skóry nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia! Etiopczyk Belayneh Dinsamo był najbardziej odporny, ale wygrał w czasie zaledwie 2:12:56. Za rok poprawi tu rekord świata uzyskując w optymalnych warunkach 2:06:50, aż sześć minut lepiej!

·   5 maja – w dniu „imienin” maja – przychodzi na świat córka. Dostaje na imię... Maja :)

·   W maju zaczynam podyplomowe studia trenerskie na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, a w grudniu bronię już pracę dyplomową pisaną pod okiem profesora Janusza Jackowskiego – jestem trenerem lekkiej atletyki.

·   Miejsce w rankingach ogólnopolskich:

·           4. – maraton – 2:14:27

·           28. – 10 000 m – 29:45,13

 

1988

·   W MP w maratonie w Dębnie wywalczam srebrny medal. Miałem złoto na 40 km, ale maraton jest o 2,195 km dłuższy. Na 30 km oderwałem się od dużej jeszcze grupy. Prowadziłem, samotnie zmierzając po złoty medal, ale nagle znów miałem – mimo wkładki w bucie – lekki skurcz prawego uda! Nie taki jednak, by się zatrzymać. Zwolniłem tylko, tupałem nogą o szosę i ból się rozszedł. Dogonił mnie zaskoczony takim obrotem sytuacji Sawicki i z nim biegałem dalej. Przed Dargomyślem ponownie zaatakowałem. Dość łatwo oderwałem się od niego uzyskując szybko ok. 50-60 m przewagi. „Jeszcze 4-5 km do mety, może wytrzymam” – łudziłem się. Zwolniłem jednak lekko, gdyż czułem piekący ból w prawym bucie. Wiktor dogonił mnie na linii 40 km. Wiedziałem już, że o złotym medalu mogę zapomnieć. Mało tego – ból w stopie stał się tak dotkliwy, że mogła mnie wyprzedzać „kompania wojska”, a i tak nie poderwałbym się do walki! Ale udało się – dobiegłem drugi, choć bliższe rzeczywistości byłoby określenie doczłapałem, albo dokuśtykałem! Zaraz za metą moją prawą stopą zajął się lekarz. Na jej połowie miałem pęcherz, który pękł w czasie biegu. Stąd ten piekący ból. Ból bólem, ale ja przeżywałem jednak przede wszystkim swoją porażkę z Wiktorem. Złoto było tak blisko! Uzyskałem 2:12:56. To szansa na występ w igrzyskach w Seulu! Minimum olimpijskie wynosiło 2:13:00. Potem okazało się, że tak było przed biegiem, po biegu „urosło” ono do 2:12:40! Muszę więc jeszcze gdzieś o nie walczyć.

·   W Belgii jestem najlepszym Polakiem w Pucharze Europy. Cieszy 11. miejsce, ale wynik 2:14:52 to jednak nie minimum, choć nieźle jak na kolejny maraton już po 5 tygodniach! Zawodzi Psujek, który miał tu „w cuglach” zająć miejsce w pierwszej piątce, co gwarantowało mu awans na igrzyska. Nie złamał nawet 2:20. Kto więc poleci do Seulu? Czyżby tylko Sawicki?

·   10 sierpnia w Brzeszczach na trasie 30-kilometrowego biegu eliminacyjnego dochodzi do bezpośredniej konfrontacji trzech kandydatów na igrzyska. O miejsce w reprezantacji walczę wraz z Psujkiem i... Sawickim. Ciekawe, że ma biegać razem z nami! Przecież w Dębnie miał 2:12:26. Wypełnił normę! Bez pół litra „nie razbierosz”. Reguły kwalifikacji są proste i jasne: ci, którzy złamią 1:33:00 polecą do Seulu, ale jeśli nikt tego nie dokona (jest upał i dość trudna trasa jak na 30-kilometrowy bieg) – nominację olimpijską otrzyma tylko zwycięzca tej eliminacji. Mamy kilku „zająców”, którzy mają nam pomóc uzyskać minimum kwalifikacyjne, ale pierwsze kilometry pokazują, że prowadzą nam bardzo nierówno. Jeden kilometr 3:10, następny poniżej 3 minut! I tak naprzemian. To jak sabotaż! Psujek na 10 km zdecydował się na samotny bieg. Sawicki, psychicznie rozbity koniecznością uczestniczenia w tej eliminacji, po 15 km zakończył bieg. Na trasie pozostałem więc już tylko z Psujkiem. Na 20 km miałem do niego prawie 200 m straty. Chciałem też zrezygnować, ale jadący samochodem Paweł Lorens przekonał mnie, że mam szansę go dogonić. Kursował między nami i zapewnił mnie, że Psujek słabnie. Po długim, szaleńczym pościgu, dogoniłem go na ok. 1 km przed metą! Finiszowaliśmy jak sprinterzy wpadając na metę niemal jednocześnie, ale w czasie „tylko” 1:34:38. Mimo fotokomórki na linii mety, sędziowie przyznali nam zwycięstwo exequo! Czyżbym więc... wyprzedził go o kilka setnych? Trener Psujka nie raz już wcześniej udowodnił, że wszystko można „załatwić”. Gdyby to Psujek był kilka setnych przede mną, jestem pewien, że sędziowie orzekliby jego zwycięstwo! I poleciałby do Seulu. Na bankiecie po biegu trenerzy i przedstawiciele PZLA oświadczyli, że obaj wystartujemy w Korei, jednak decydenci z PKOl podczas ustalania składu reprezentacji olimpijskiej uznali, że bieg był farsą – że umówiliśmy się na starcie! Zostaliśmy skreśleni z grona kandydatów na igrzyska. To porażka nr 2 w mojej sportowej biografii, chociaż okraszona – może na pocieszenie – rekordem Polski :)

·   Jestem w gronie laureatów plebiscytu na najpopularniejszego sportowca województwa.

·   Miejsce w rankingach ogólnopolskich:

·          3. – maraton – 2:12:56

 

1989

·   Sześć biegów maratońskich w tym roku, kolejno: w japońskim Beppu-Oita, w Wiedniu, Sztokholmie, Duisburgu, Warszawie i  ponownie w Japonii – tym razem w Fukuoce, było już „obcinaniem kuponów”. W Wiedniu zajmuję trzecie miejsce z dobrym wynikiem 2:13:23. W Warszawie wygrywam malucha. Co by nie mówić  – samochód. W jego baku było jednak paliwa na zaledwie kilka kilometrów jazdy, a trzeba wspomnieć, że było ono wtedy towarem deficytowym, dostępnym tylko na kartki. Pomogli mi inni zmotoryzowani biegacze, którzy dolali trochę benzyny do baku mego „bolida”! Mogłem bezpiecznie dojechać do najbliższej stacji benzynowej.

·   Biegałem maraton w Sztokholmie, gdy 4 czerwca w Polsce odbywały się historyczne wybory parlamentarne. Wziąłem ze sobą uprawnienie do głosowania za granicą, by nie przegapić tej ważnej chwili. Głosowałem w polskiej ambasadzie. 

·   Jestem w gronie laureatów plebiscytu na najpopularniejszego sportowca województwa.

·   Miejsce w rankingach ogólnopolskich:

-          4. – maraton – 2:13:23

Copyright 2005 Jerzy Skarżyński