|
O sobie Moje bieganie Moje książki Biegaj ze mną Zestawienia Kalkulator |
|
|
.
|
Upały
panujące w tych dniach w Madrycie spowodowały, że jedynie owoce i
warzywa dało się jeść bez większych problemów. Ale –
wzorem południowców – właśnie długie posiłki były
najlepszą okazją do wymiany spostrzeżeń.
Po
zakończonej rozgrzewce pozostały ważne chwile na koncentrację.
Marek był bardzo spokojny. Sprawiał wrażenie, jakby cały zgiełk
wokół tej ogromnej imprezy do niego nie docierał.
Siedemdziesięciu
ośmiu zawodników w wodzie na dystansie 1500 m na przestrzeni
zaledwie 1:38 minuty! Tłok niemiłosierny na całym dystansie –
tak ocenią potem rywalizację w pływaniu.
Gdy
ruszyli na osiem 5-kilometrowych okrążeń trudnej trasy kolarskiej
peleton stanowiła 60-osobowa grupa zawodników. Marek i Filip zdążyli
się do niej zabrać, ale Marcin, „stłamszony” w wodzie,
musiał ich gonić w 10-osobowej grupce pościgowej, tracąc przez to
do Marka prawie dwie, a do Filipa ponad minutę. Rrywalizację na całej
trasie można było śledzić z linii mety na wielkich telebimach.
Marek
– także dzięki pomocy Filipa – pojechał świetnie. W
rezultacie wybiegał na trasę w drugiej dziesiątce. Bez nerwowych
ruchów dogonił po 3-4 kilometrach (wraz z Anglikiem Donem) prowadzącą
dwunastkę! Jak potem powiedział – miał takie luzy, że mógł
nawet wyjść na prowadzenie, ale nie widział potrzeby takiej
„demonstracji” siły. Liczy się wynik na mecie, a nie na
trasie! I nie wiadomo, co by było, gdyby na ok. 2 km przed metą nie
pojawił się piekący ból stopy. Tak go zdekoncentrował, że nie myślał
już o walce o miejsce na podium, ale raczej o utrzymaniu
nadspodziewanie wysokiej lokaty.
Dopiero
tuż przed linią mety rozluźnił zacięte usta i zademonstrował
wszystkim radość z zajęcia 7. miejsca. Po zdjęciu buta okazało się,
że źródłem bólu był ogromny pęcherz na lewej stopie. W przyszłości
bez biegania i chodzenia „na bosaka” się nie obejdzie!
Dotąd największym sukcesem Marka było 5. miejsce w ME, ale wynik w
Madrycie określił bez chwili wahania jako swój największy sukces
sportowy. Na starcie zabrakło przecież tylko kilku z największych
asów tej dyscypliny.
Wygrał
po znakomitym biegu Anglik Tim Don (w środku). Spytałem go o biegowe
rekordy życiowe. Odpowiedź ścięła mnie z nóg: 1500 – 3:43;
5 km – 13:38, 10 km – 28:40!!! Tyle biegają teraz
najlepsi polscy długodystansowcy! Kto z triatlonistów mu
„podskoczy”, gdy dojedzie „na kole” w
pierwszej grupie? Myślę jednak, że wystarczy, by Marek biegał 10
km „tylko” w granicach 30 minut i to może już być ponad
siły Anglika.
Dopiero
15. miejsce zajął mistrz świata i wicemistrz olimpijski –
Nowozelandczyk Bevan Docherty.
Kontrakt reklamowy z firmą ORCA, zaopatrującą większość
triatlonistów w ubiory (także naszą kadrę), zapewnia mu spokój i
komfort przygotowań. Marek z zazdrością oglądał jego rower, za
drogi na jego możliwości finansowe.
Po
zawodach postanowiłem „na szybko” zobaczyć to, co w
stolicy Hiszpanii jest najważniejsze. Co jest w Madrycie koniecznie
„do zaliczenia”? Zacząłem od Pałacu Królewskiego.
Galeria
Prado, to „nasze” Muzeum Narodowe. Tu znajduje się
kolekcja najważniejszych hiszpańskich dzieł sztuki.
Pomnik
za moimi plecami jest oblegany przez tabuny turystów. Ten niedźwiadek
podgryzający liście krzewu jest w herbie Madrytu.
Plac
Pabla Picassa też jest w planie każdej wycieczki.
W
jego pobliżu jest obiekt, bez „zaliczenia” którego nie
ma co wyjeżdżać z Madrytu! To Estadio Santiago Bernabeu, stadion
klubowy „REALU”.
Dopiero
teraz mogłem „spełniony” wracać do Polski. Krajobraz po
starcie, jak widać, w „stylu hiszpańskim”.
Serce
mocniej mi zabiło, gdy przelatywaliśmy nad Pirenejami. 21 lat temu
trenowałem tu w stacji klimatycznej Font Romeu. W lipcu śniegu było
jeszcze na szczytach wbród.
Naprawdę dobrze poczułem się jednak dopiero wtedy, gdy samolot podchodził do lądowania i przez okno widać było znajomy krajobraz nadwiślański ;-) |
|
Copyright 2005 Jerzy Skarżyński |