|
Aktualności
O sobie
Notatki
1972-1979
1980-1984
1985-1989
1990-1999
2000-2004
Galeria
Archiwum
Linki
Kontakt
|
Nazwisko: SKARŻYŃSKI
Imiona: JERZY WALDEMAR
Data
i miejsce ur.: 13 stycznia 1956 r., Świebodzin
Wzrost:
177 cm
Waga:
zawodnicza 60-63 kg, teraz 69-68 kg
Stan
cywilny: żonaty – od 1986 roku, żona Grażyna
Dzieci:
córka Maja, od 2006 roku studentka Uniwersytetu Szczecińskiego (kierunek turystyka i rekreacja)
Muzyka,
której często słucham: Pink Floyd, Fleetwood Mc, Peter Green, R.E.M., Sade, Breakout, Maanam, Myslovitz, Marek Grechuta...
Książki,
które zrobiły na mnie duże wrażenie, i które – kolejny już raz –
czytam z wypiekami na twarzy: „Disneyland” i „Podróż” – Stanisława
Dygata (to „mój” autor), „Hotel świętego Augustyna” – Irvina
Shawa, „Mag” – Johna Fowlesa, „Kamienne tablice” – Wojciecha Żukrowskiego,
„Wszystko za Everest” – Jona Krakauera...
Nie
jestem przesądny – choć urodziłem się 13. i do tego w piątek – ale
to, że jestem zodiakalnym Koziorożcem, miało, i chyba nadal ma, wpływ na
to co i jak robię. Z reguły osiągam to, co zaplanuję, o czym marzę. Choćby
cały czas było „pod górkę”! Jak to Koziorożec!
Do 1975 roku mieszkałem w rodzinnym Świebodzinie, gdzie ukończyłem Liceum Ogólnokształcące (klasa o profilu matematyczno-fizycznym). Po maturze rozpocząłem studia na Wydziale Budowy Maszyn i Okrętów Politechniki Szczecińskiej (kierunek: maszyny, systemy i urządzenia energetyczne). Po 3. semestrze, na drugim roku studiów, mając już 21 lat (!), rozpocząłem systematyczny trening biegowy. O rekordy życiowe nie było trudno, gdyż wcześniej byłem baaardzo słabym zawodnikiem. Zacząłem jednak odnosić lokalne sukcesiki, a z MP Politechnik dwukrotnie wróciłem z brązowym medalem. Okres studenckiego biegania przypieczętowałem zdobyciem w Lublinie - na ostatnim roku studiów - tytułu przełajowego akademickiego mistrza Polski.
Coraz większe sukcesy biegowe spowodowały, że po zakończeniu studiów zrezygnowałem z podjęcia pracy zawodowej o kierunku technicznym (miałem pracować jako energetyk w działającej wtedy... Fabryce Domów), decydując się na wyczynowe uprawianie sportu. Podjęcie tej decyzji ułatwił mi fakt, że mając I klasę sportową (za wynik 2:22:29 w II Maratonie Pokoju) otrzymałem państwowe stypendium sportowe. Mogłem żyć z biegania, ale - jak to w sporcie - w każdym sezonie musiałem dobrym wynikiem zapracować sobie na przedłużenie tego stypendium na kolejny rok. Z tym nie miałem jednak żadnych problemów, gdyż "szedłem jak burza". Już w 1982 roku w MP w maratonie uzyskałem wynik klasy mistrzowskiej krajowej, a to zaprocentowało powołaniem mnie do kadry narodowej maratończyków. W Wiedniu w 1984 roku po raz pierwszy uzyskałem wynik klasy mistrzowskiej międzynarodowej (2:12:37), by poprawić go dwa lata później w Dębnie na 2:11:42.
Byłem w kadrze narodowej nieprzerwanie do 1989 roku, reprezentując Polskę na najpoważniejszych imprezach: w Mistrzostwach Europy (Stuttgart-1986), w Pucharze Świata (Hiroszima-1985), w Pucharach Europy (Laredo-1983; Rzym-1985; Huy-1988). Do szczęścia zabrakło tylko startu w Mistrzostwach Świata oraz w Igrzyskach Olimpijskich.
Chociaż... W 1984 roku byłem w składzie reprezentacji olimpijskiej, która miała wystartować w Los Angeles, ale z powodów politycznych państwa dawnego Bloku Wschodniego zbojkotowały tę imprezę, więc zamiast w Los Angeles pobiegłem ostatecznie na "dożynkach", czyli w Zawodach Przyjaźni w Moskwie. Mało brakowało, a znalazłbym się też w reprezentacji olimpijskiej do Seulu, ale na te igrzyska z maratończyków miał polecieć tylko zwycięzca sprawdzianu na 30 km, który "zafundował" nam dość niespodziewanie Polski Związek Lekkiej Atletyki. Wprawdzie byłem pierwszy, ale... ex aequo z Bogusławem Psujkiem, z którym w iście sprinterskim tempie ścigałem się na finiszowych metrach. Mimo fotokomórki na linii mety zwycięzcy nie wyłoniono.
Polski Komitet Olimpijski, który zatwierdzał skład do Seulu uznał, że nasza walka na trasie tego sprawdzianu była ukartowana już przed biegiem i w efekcie ani ja, ani Psujek nie polecieliśmy na igrzyska. Na osłodę pozostał nam rekord Polski na tym dystansie - zresztą aktualny po dziś dzień, więc ciągle jeszcze jestem rekordzistą Polski. Trzykrotnie wywalczyłem medale Mistrzostw Polski w Maratonie (brązowe w 1985 i 1986 oraz srebrny w 1988 roku).
W roku 1987 odbyłem studia podyplomowe na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, po których uzyskałem zawodowy tytuł trenera lekkiej atletyki.
Po zakończeniu zawodowej kariery sportowej, w 1992 roku, kontynuowałem pracę jako trener w "Budowlanych" Szczecin. Zająłem się też pracą dziennikarską ("Dziennik Szczeciński", "Wieczór", "Głos Szczeciński") oraz organizacją imprez biegowych w Szczecinie, zostając dyrektorem "Szczecińskiej Dwudziestki" (1995-2001), którą w roku 2000 przekształciłem w "Szczeciński Półmaraton Gryfa", oraz "Olimpijskiej Mili WARTY" (1997-1999), z której w ciągu trzech lat uczyniłem jedną z największych w Polsce imprez biegowych dla dzieci i młodzieży - w roku 1999 na starcie stanęło prawie 3,5 tysiąca uczniów szczecińskich szkół.
W latach 1995-2000 pracowałem na stanowisku dyrektora ds. marketingu w szczecińskiej firmie REKORD, będącej oficjalnym dystrybutorem w Polsce obuwia i odzieży sportowej włoskiej firmy FILA.
W roku 1999 "za odwagę, ambicję, za twórczą fantazję w pracy dla Szczecina, Pomorza Zachodniego i kraju" uhonorowany zostałem przez redakcję "Głosu Szczecińskiego" tytułem "Nieprzeciętnego".
Swoje doświadczenia zawodnicze i trenerskie postanowiłem przekazać innym. Napisałem i wydałem cztery książki popularyzujace bieganie: "Biegiem po zdrowie" (2002), "Bieg maratoński" (2004) (obie pozycje - nakłady już wyczerpane), "Biegiem przez życie" (2006, II wydanie 2008) oraz "Maraton" (2008).
Współpracowałem jako ekspert z wieloma tytułami z branży biegowej (m.in. "Jogging", "Bieganie", "Runner's World"), ale także traktującymi o zdrowym stylu życia, m.in.: "Men's Health", "Glamour", "Fitness Style", "Samo zdrowie", "Twój Styl" czy "Gazeta Sołecka".
Mimo zakończenia w 1993 roku kariery wyczynowej ciągle biegam. Od roku 1996 biorę udział w MP Weteranów, zostając kilkakrotnie mistrzem i rekordzistą tych mistrzostw. W roku 2002 na dystansie 10 000 m wywalczyłem w Poczdamie brązowy medal Mistrzostw Europy Weteranów w kategorii M 45, zaś w 2006 - już jako 50-latek - zostałem na tym dystansie wicemistrzem Europy. Przebiegłem już na treningach i na zawodach ponad 135 000 km. I ciągle biegam, choć wielu wróżyło mi po zakończeniu wyczynowej kariery maratońskiej... wózek inwalidzki. Jeśli wie się, jak to robić - nic nam nie grozi! Ja wiem ;)
Jako członek zarządów działałem w Centralnym Klubie Biegacza (1995-1999), w Polskim Stowarzyszeniu Biegów (1997-2001) i w Zachodniopomorskim Związku Lekkiej Atletyki (2000-2002). W latach 2003-2007 byłem sekretarzem zarządu Szczecińskiego Towarzystwa Sportu.
W grudniu 2005 roku, po powołaniu profesor Teresy Lubińskiej na stanowisko Ministra Finansów, wszedłem na jej miejsce do Rady Miasta Szczecin, zostając radnym klubu "Od Nowa". Pracowałem w komisjach ds. Sportu, ds. Gospodarki Komunalnej, Ochrony Środowiska i Mienia oraz ds. Promocji, Rozwoju i Gospodarki Morskiej. Radnym byłem do końca IV kadencji - do listopada 2006 roku.
W 2007 roku Prezydent Szczecina Piotr Krzystek za "dotychczasowe osiągnięcia sportowe na arenie międzynarodowej, niestrudzone propagowanie zdrowego stylu życia oraz społecznikowską pasję, przynoszącą konkretne, wymierne rezultaty" przyznał mi honorowy tytuł AMBASADORA SZCZECINA.
Szczecin, czerwiec 2009 r.
TO LINK DO CZEGOŚ, CO ZNALAZŁEM NA FORUM JEDNEGO Z PORTALI "BIEGOWYCH". NIE UKRYWAM - CZYTAM TO ZAWSZE Z WYPIEKAMI NA TWARZY. DZIEKUJĘ WSZYSTKIM "FORUMOWICZOM" ZA TAKĄ OCENĘ MOJEJ OSOBY!
WYWIAD ZE MNĄ W PORTALU BIEGANIE.PL
Kariera krótsza o pół centymetra
MARATOŃCZYK
Wydawnictwo
Centralnego Klubu Biegacza, 1995 rok
Przebiegłem
w ciągu 20 lat 100 000 km. Brałem udział w ponad 300 imprezach - od biegu na 400 m po maraton, na starcie którego stawałem 41 razy. Moje tętno spoczynkowe wynosiło przed 20 laty 72 uderzenia na minutę, teraz jedynie 40.
Gdy
w 1972 roku zwyciężyłem podczas Powiatowej Spartakiady Młodzieży w rodzinnym Świebodzinie, uzyskałem na 1500 m wynik 4:50,0. W 1986 roku przebiegłem ten dystans w 3:50,8. Dla jednych ta minuta to żadna różnica,
dla fachowców kolosalna, dla mnie 14 lat pracy! Nie, wcale nie zapomniałem napisać ciężkiej pracy, gdyż zawsze daleki byłem od demonizowania treningu długodystansowca. Nigdy nie byłem jej niewolnikiem, choć wymagał
wielu wyrzeczeń. Myślę, że jeśli robi się, co się lubi, nie odczuwa się trudów swego wysiłku, a własny pot ma zupełnie inny smak. Podstawowa sprawa, to postawić sobie cel i wiedzieć jak go osiągnąć! A potem już tylko... trening czyni mistrza.
Moje cele zmieniały się niemal z
każdym rokiem: być mistrzem Politechniki Szczecińskiej; akademickim mistrzem Polski; być w „50”, potem w „20”, czy wreszcie w „10” w kraju; dostać się do kadry narodowej; zdobyć mistrzostwo Polski; reprezentować kraj w mistrzostwach Europy,
mistrzostwach świata, igrzyskach olimpijskich... W miarę sportowego rozwoju podnosiłem poprzeczkę coraz wyżej. Jak to Koziorożec! A że urodziłem się trzynastego, nie udało mi się jednak na tę najważniejszą imprezę pojechać - mimo trzech szans:
1. Do Moskwy, w 1980 roku miałem polecieć w nagrodę za zdobycie tytułu
akademickiego mistrza Polski (jako kibic oczywiście!). Ukończenie w tym roku studiów i rozpoczęcie służby wojskowej w SOR odebrało mi niestety możliwość oglądania na żywo sukcesów Malinowskiego i Kozakiewicza! Pozostało podziwianie ich na szklanym ekranie;
2. W 1984 roku, już jako reprezentant Polski, otrzymałem z rąk prezesa PKOl.
� Mariana Renke, piąte kółko olimpijskie, będące symboliczną nominacją olimpijską. Komu potrzebna była ta farsa? Wiadomo było, że zamiast do Los Angeles, Polacy polecą na Zawody Przyjaźni do Moskwy i Pragi! Marzyłem, by wystartować na Łużnikach, ale 4 lata wcześniej;
3. O tym, co działo się z maratończykami w 1988 roku mógłbym napisać książkę.
Na Igrzyska do Seulu leciałem, nie leciałem, leciałem... nie poleciałem! O pamiętnych eliminacjach maratończyków na dystansie 30 km w Brzeszczach, w których trójka kandydatów do startu (ja, Bogusław Psujek i Wiktor Sawicki) miała kolejny raz potwierdzić swoje olimpijskie możliwości (?!)
rozpisywała się wówczas sportowa prasa. Rozstrzygnięcie zaskoczyło wszystkich: Sawicki, który jako jedyny uzyskał wcześniej wskaźnik w Dębnie (mi zabrakło 16 sekund!), spasował po 10 km, a ja - po 15-kilometrowym pościgu - dogoniłem słabnącego w 30-stopniowym upale Psujka, na 800 m przed metą.
Nasz pojedynek na finiszu, rozegrany w iście sprinterskim stylu, rozgrzał do czerwoności dopingujących nam mieszkańców Brzeszcz. Decydenci w Warszawie ocenili go za... ukartowany! To z pewnością moja największa porażka sportowa.
Brak wiary w dotrwanie do następnych igrzysk odebrał mi całą przyjemność z
treningów. Pozostało brać, co się da. 6 startów maratońskich w następnym roku było początkiem końca, a od 1990 roku odbywało się już tylko „obcinanie kuponów”. Jego epilog nastąpił w 1992 roku w Paryżu. Na trzydziestym kilometrze tego słynnego maratonu, u stóp wieży Eiffel’a,
z powodu kontuzji zszedłem z trasy biegu. Dzisiaj myślę, że to dobre miejsce na koniec 12-letniej kariery maratończyka! Nikt nie kończy jej przecież zaraz po jakimś dużym sukcesie! Wiadomo dlaczego.
Jeden element przesądził o tym, że moja kariera nie miała większego wymiaru.
To prawa noga... krótsza od lewej o pół (!) centymetra. Od 1986 roku, w niemal każdym starcie, po 30 km łapały mnie skurcze mięśnia dwugłowego prawego uda. Kilkakrotne przystanki, masaże i bieg właściwie tylko na ukończenie powodował, że traciłem ok. 2-3 minut. W 1987 roku uzyskałem w Japonii
2:14.27, mimo aż sześciokrotnego przymusowego przystanku! Udział w mistrzostwach świata w Rzymie przeszedł mi przez to koło nosa Podobno nikt nie ma idealnie równych nóg, ale te 5 mm różnicy u wyczynowca biegającego 7 tys. km rocznie spowodowało zmiany w kręgosłupie, których
objawem były skurcze. Dopiero w 1988 roku (przypadkowo!) okazało się, że ich przyczyną jest ów mały błąd natury. Dodatkowa wkładka w prawym bucie usunęła tę dolegliwość...
|