O sobie   Moje bieganie   Moje książki    LA-Statystyka

 

Aktualności

O sobie

Notatki

1972-1979

1980-1984

1985-1989

1990-1999

2000-2004

Galeria

Archiwum

Linki

Kontakt



 

St. James's Hospital Liberties Fun Run - 6,5 km - to bieg charytatywny. Odbył się w tym roku po raz pierwszy, ale mam cichą nadzieję że nie była to ostatnia jego edycja, bo chciałbym się z tą trasą jeszcze zmierzyć.

Miejsce
Organizatorzy zadbali o wspaniałą oprawę - zarówno start, jak i meta miał miejsce w Irlandzkim Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które znajduje się na terenie zabytkowego Royal Kilmainham Hospital. Nie można nie napisać kilku słów o tym miejscu jest to bowiem najlepiej zachowany w Irlandii XVII-wieczny gmach, który służył jako szpital-przytułek dla trzystu rannych żołnierzy. Funkcję tę pełnił do 1927 r. W 1991 r. dawne mieszkalne skrzydła zaadaptowano na potrzeby Irlandzkiego Muzeum Sztuki Współczesnej. Sztuka irlandzka jest prezentowana tu obok sztuki światowej na wciąż zmienianych wystawach.


Atrakcje
Kolejną atrakcję zapewnili artyści ze słynnego Fossett's Circus, który swoje powstanie datuje na rok 1878, a historię łączy bezpośrednio ze słynnym show Buffalo Billa. Obecne występują w nim artyści z Rosji, Francji, Japonii, Korei i Włoch oraz rodzina Fosset.


Jakby tego było mało organizatorzy zorganizowali losowanie wśród wszystkich uczestników biegu z nagrodą w postaci koszulki z olimpiady w Pekinie, w której występował i zdobył srebrny medal olimpijski Kenny Egan (nr 1016)- kapitan drużyny bokserów (koszulka została przez mistrza osobiście podpisana). Sam Kenny Egan wziął udział w biegu, a każdy chętny miał okazję zdobyć autograf i pamiątkowe zdjęcie z mistrzem olimpijskim.


Pomimo typowo rozrywkowego charakteru biegu nie zaniedbano niczego - zorganizowano rozgrzewkę prowadzoną przez fachowców fizjoterapeutów, a po biegu można było oddać się w ręce fachowych masażystów.

Trasa
Mimo, że nie należała do najdłuższych - nie była łatwa. Prowadziła po części uliczkami starego przedmieścia Dublina, co powodowało sytuację ze stosunkowo krótkie odcinki równej trasy były przeplatane długimi podbiegami, krótkimi lecz ostrymi zbiegami, a na samym końcu trasy dostaliśmy w prezencie mocny, ostry podbieg - na dodatek z dwoma zakrętami po drodze.
Pomimo nieznanej i dosyć trudnej trasy Polish Run Team może uznać występ za udany. Pobiegło nas tylko troje (Mietek był zainteresowany, ale obowiązki w firmie niestety uniemożliwiły mu udział) - Patrycja, Aleksander i ja, na szczęście w biegu mogli biec juniorzy - dzięki temu Aleksander zupełnie legalnie i z numerem startowym na piersi pobiegł w kolejnym biegu.

Pogoda
Typowo irlandzka - chmury zbierały się już od rana, ale prognoza była optymistyczna. W chwili gdy wyjeżdzaliśmy z Swords (ok. 12 km od Dublina) zaczynało leciutko popadywać - czyli nikt nie zwrócił na to uwagi. 20-30 min później - już po spotkaniu pod słynną dublińską szpilką z Patrycją i Alą - odebrałem telefon, że w Swords leje niemiłosiernie... No cóż, pozostawało mieć nadzieję'' że chmurka nas ominie. Faktycznie - ominęła, prawie. Do samego startu panowała pogoda doskonała do biegu, leciutki wiaterek, czasami wychodziło słońce i dogrzewało nas odrobinę. Po starcie pogoda się nie zmieniła, ale zaczeło już straszyć deszczem, coś tam pokropiło, ale zaraz przestało. I tak w koło Macieju, aż do samej mety. Przy ostatnim podbiegu zaczął się mocniejszy deszczyk, który jednak po 10-minutowym wstępie się skończył. I jak tu nie kochać Irlandii :-)? Jednak dopadła nas wspominana chmura, dopadła w drodze powrotnej do Swords, na szczęście siedzieliśmy już bezpiecznie w autobusie.

Zwycięzcy
Organizatorzy przyjęli formułę "Fun Run" i trzymali się jej do końca. Dlatego też wyniki zostały podane tylko dla pierwszej dziesiątki mężczyzn i kobiet. I tylko ta grupa miała zmierzony czas. Pozostali biegli "for fun" - i dobrze, czemu nie? Nie zmienia to jednak faktu, że reprezentantka naszego "towarzyskiego" Polish Run Team - Patrycja Włodarczyk - zaznaczyła swoją obecność na tej liście, i to na drugim miejscu w kategorii kobiet! Pamiętam, jak stwierdziła, że gdyby bieg było o 100 m dłuższy byłaby pierwsza. Cóż, nastepnym razem się dziewczyny policzą.
Aleksander i ja pobiegliśmy na niezłym poziomie - mimo, że wspominane podbiegi dały nam nieźle po nogach.
Sumując - można pobawić się z przypadku, można nawet pobiec i dobrze się pobawić z "przypadku", a na dodatek w szczytnym celu. Parafrazując znane powiedzenie - "im dalej w las, tym więcej biegów" czy może "im bardziej poznajemy Irlandię, tym więcej znajdujemy biegów". A to dopiero początek zamieszania pod nazwą "Polish Run Team".
Uzupełnienie - w międzyczasie, dzięki obrotności Alicji, zainteresowaliśmy naszym "klubem" redaktora polonijnej "Gazety Polska". Sympatyczny redaktor przeprowadził z nami wywiad i w ostatnią środę ukazał się w gazecie duży artykuł o "Polish Run Team". Nasze najbliższe spotkanie przy okazji biegu (16 km - Frank Duffy z serii Lifestyle Sport - Adidas) będzie 15 sierpnia i mam cichą nadzieję, że ten dzień będzie dla naszej grupy przełomowym - będziemy dużą grupą z ulotkami i flagą oraz wsparciem medialnym - będzie się działo.

Pozdrawiam i zapraszam
Sławomir Głaz


Copyright 2009 Jerzy Skarżyński